The difference between a successful person and others is not a lack of strength, not a lack of knowledge, but rather in a lack of will. - V. Lombardi
RSS
środa, 16 września 2015

gun__1381310671_uefa_champions_league

 

Wróciła Liga Mistrzów na europejskie boiska standardowo bez klubów z nad Wisły. Czekając na czas kiedy będzie można oglądać klub z Polski w tych rozgrywkach włączyłem transmisję z Manchesteru gdzie City grało z finalistą ubiegłorocznych rozgrywek - Juventusem.

Na Etihad Stadium z jednej strony wyszli gospodarze Manchester City - drużyna która po pięciu kolejkach ligi angielskiej ma pięć zwycięstw, 11 bramek strzelonych 0 (zero!) straconych. W lidze zdążyli już pokonać na tym stadionie broniących tytułu piłkarzy Chelsea Londyn 3:0, choć tylko dzięki  bramkarzowi Chelsea ten wynik był tak niski. Z drugiej strony przyjechali goście z Turynu, finaliści ubiegłorocznej Ligi Mistrzów, klub który cztery razy z rzędu zdobyli Scudetto. Jednak po letniej rewolucji kadrowej Juventus jeszcze się zgrywa, po trzech meczach zajmują 16. miejsce z zaledwie jednym zdobytym punktem. Wydawałoby się że będzie to spacerek dla gospodarzy.

Tak też się wydawało na początku spotkania, kiedy to w drugiej minucie Stefano Sturaro stracił piłkę na swojej połowie i Rahim Sterling stanął "oko w oko" z Gianluigi Buffonem, jednak to włoski bramkarz wyszedł zwycięska z tego pojedynku a dobitkę Davida Silvy wyblokował Giorgio Chiellini. Jednak po tym początku to goście przejęli inicjatywę, mieli więcej z gry, jednak nikt nie potrafił stworzyć sobie dogodnej sytuacji strzeleckiej. Choć Paul Pogba trafił do siatki Joe Harta, jednak próbujący przednim skierować futbolówkę do siatki Alvaro Morata był na spalonym.

Pierwszy gol w meczu, Chiellini trafia do własnej siatki

Druga połowa to więcej tego samego, choć tym razem oglądnęliśmy bramki. Najpierw po rzucie rożnym Vincent Kompany faulując Giorgio Cheilliniego spowodował że włoski obrońca trafił do własnej siatki, jednak sędziowie nie dopatrzyli się faulu. Później Paul Pogba świetnie dośrodkował do Mario Mandzukicia i Chorwat skierował piłkę do siatki, a na dziesięć minut przed końcem niewidoczny do tej pory Alvaro Morata ustalił wynik spotkania uderzeniem sprzed pola karnego.

Mario Mandzukić strzelający wyrównującą bramkę

Co można z tego meczu wywnioskować? Absolutnie nic. To dopiero pierwsze spotkanie i obie drużyny prawdopodobnie awansują do kolejnej fazy, choć obie drużyny w Lidze Mistrzów grają bardzo w kratkę. Na pewno jest to niespodzianka, jednak gospodarze swoją wolną grą sami sobie byli winni. Choć momenty kiedy przyśpieszali obrońcy Juventusu mieli duże problemy. Jednak na pewno mecz zwrócił uwagę na kilka aspektów.

Przede wszystkim Gigi Buffon. Bezapelacyjnie najlepszy piłkarz na boisku, już na początku spotkania świetnie nogami wybronił strzał Sterlinga i później do spółki z Chiellinim zablokował dobitkę Silvy. W  drugiej połowie przy stanie 1:0 powtórzył ten wyczyn tym razem na własną rękę zatrzymując strzał Anglika i dobitkę Hiszpana. A pod koniec spotkania sparował ładny strzał sprzed pola karnego w wykonaniu Yayi Toure. Kapitan Juventusu pomimo swoich 37. lat zdaje się być w życiowej formie i to głównie dzięki niemu trzy punkty pojechały do Turynu.

Gianluigi Buffon

Drugą ważną osobą był Giorgio Chiellini. Był zdecydowanie najlepszym obrońcą na boisku, nie popełnił ani jednego błędu, zawsze pewnie interweniując. Ograniczył Wilfrieda Bony'ego, z którym wygrywał większość pojedynków siłowych i dopuścił Iworczyka do jednego uderzenia na bramkę.  Pewnie dużo kibiców Juventusu myśli co by było gdyby w tym ostatnim meczu zeszłego sezony Włoch mógł wystąpić.

Dobry mecz zagrał też Pogba, który dzielił piłki w środku pola, a Sturaro po tym nerwowym początku odnalazł się i zagrał dobre zawody. Jeśli chodzi o piłkarzy gospodarzy to chyba tylko David Silva grał przez cały mecz na swoim poziomie, dobry mecz zaliczył też Vincent Kompany, ale jednak gospodarze rozczarowali i będą musieli znacznie poprawić swoją grę jeżeli chcą dojść dalej w tych rozgrywkach niż rok temu.

00:42, zbajszek
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 czerwca 2015

Właśnie wróciłem ze stadionu i wzięło mnie na kilka przemysleń, generalnie większość z nich troche negatywnych ale cóż. Generalnie wpis może być chaotyczny bo robię go na bieżąco sącząc cydr przed domem, ale mam nadzieje że aż tak tragicznie nie będzie ;).

Generalnie jakiś czas temu wróciłem do swojego miasteczka gdzie się wychowywałem, owszem chciałem wrócić do Wrocka jak najszybciej jednak sytuacja tak się potoczyła że cały czas tutaj jestem, no i nie zanosi się na duże zmiany w najbliższym czasie. Chcąc wykorzystać trochę swojego wolnego czasu pomyślałem żeby zacząć organizować spotkania planszówkowe we współpracy z gimnazjum. Jednak jak się okazało po spotkaniu z Panią dyrektor są dogadani z jakaś osobą w tym temacie, mają rozpisany program więc pozytywnie zaskoczony podziękowałem za informacje i poszedłem do domu. Cieszy ,nie to że ktoś o takich rzeczach myśli tutaj, ale skoro jeden pomysł upadł bo jest już realizowany pomyślałem o drugim. Po dzisiejszej wizycie na stadionie i oglądnięciu spotkania utwierdziłem się w przekonaniu że to dobry pomysł bo może jak raz uda się jakoś pomóc drużynie. Zatem po spotkaniu poszedłem do prezesa i zagadałem czy nie chcą trochę pomocy w klubie, przedstawiając swoje wykształcenie i fakt że kiedyś pisałem o klubie do lokalnej gazety. Na pytanie w jakiej roli chciałbym pomóc moja pierwsza myśl była związana z pomocą trenerowi który u nas też gra, żeby z boku podczas spotkań pomagać ustawiać drużynę. Ta propozycja spotkała się z odmową, co było do przewidzenia, wszak co taki szaraczek jak ja może wiedzieć o ustawieniach taktycznych i tym podobnych rzeczach związanych z boiskiem piłkarskim? Jednak kiedy stwierdziłem że mogę wziąść swoją własną kamerę i poświęcić swój czas na nagywanie spotkań i przygotowywanie analiz, czy to dam czy to przy współpracy z trenerem odmowa mnie trochę zaskoczyła. Domyślam się że doświadczenia nie mam, jednak moim zdaniem korzyść z tego jakaś by była. Tym bardziej że do końca sezonu pozostało niewiele czasu i o nic już praktycznie nie gramy. Sytuacja wydaje się idealna żeby spróbować jakiś nowych rozwiązań. Bo konsekwencji dużych nie będzie. Jednak krótkowzroczności się niestety nie przeskoczy. Będąc z poza środowiska zarówno oficjalnego piłkarskiego, jak i lokalnego najwyraźniej nie da się wmieszać w ten beton, nawet jak chce się coś robić za darmo. Smutna rzeczywistość i tłumaczenie pana Prezesa że za chwilę są wybory do zarządu i żebym przyszedł za trzy tygodnie nic w moim odczuciu nie zmieniają. Tym bardziej że jakby w ogóle był zainteresowany współpracą to poprosiłby o jakiś namiar na mnie. No ale cóż chciałem pomóc, nawet myślałem że moja pomoc może się przydać, ale przecież nie będę się dopraszał o zgodę na pomoc komuś.

Ot smutna rzeczywistość. A co do samego spotkania to nie wiem jaki był pomysł taktyczny trenera, jednak w pierwszej połowie graliśmy zupełnie bez napastnika. Przez ten fakt gra zupełnie się nie układała, na bokach akcje szybko były kasowane przez przeciwników, zaś każda piłka skierowana w środek padała łupem obrońców. Pierwsze 20. minut praktycznie nie istnieliśmy, cały czas się broniąc. Pózniej stworzyliśmy sobie ze dwie dobre okazje, aż mecz po prostu "siadł". W poczynania obu drużyn wkradła się niedokładność i taki obraz utrzymywał się aż do pierwszej bramki dla gości która padła w drugiej połowie. Okres po bramce dość rozpaczliwie broniliśmy się, a kiedy już zaczynaliśmy konstruować z powrotem akcje prostopadła piłka przeszła na lewej stronie i po zejściu do środka jeden z przeciwników znowu pokonał naszego bramkarza. Pózniej goście wyraźnie się cofnęli i tylko dlatego udawało nam się stwarzać jakieś sytuacje jednak nie udawało się znaleźć drogi do bramki. Generalńie w drugiej połowie w końcu ktoś grał na ataku i faktycznie było do kogo przynajmńiej spróbować posłać piłkę. Jednak to małe pocieszenie patrząc zarówno na wynik jak i na grę.

Tyle z mojej pierwszej wizyty stadionowej od dłuższego czasu. Czy czułem emocje? Czasami jednak bardziej analizowałem grę poszczególnych zawodników w głowie myślałem nad błędami jakie formacje popełniają. Gdzieś od czasu do czasu emocje się jednak przewijały. Jednak mecz był na tyle słaby że nie grały pierwszoplanowej roli. Świadczy o tym fakt że najwiecej czułem rozczarowania po bezceremonialnym odrzuceniu pomocy. No ale cóż ja zawsze mówiłem że Lewina nie potrzebuje, więc całkiem możliwe że Lewin też mnie nie potrzebuje.

wtorek, 02 czerwca 2015

 

Długo tu nic nie pisałem, jednak ciężko jest pisać o czymś do czego pasja gdzieś umarła. Już po pierwszej operacji sport przestał mnie aż tak interesować. Owszem oglądałem różne spotkania, ale chyba bardziej z przyzwyczajenia niż z chęci przeżycia emocji sportowych. Na stadionie nie pojawiłem się przez bodaj trzy ostatnie lata wcale, albo prawie wcale. To co za czasów młodości było miłością mojego życia nagle odeszło do cienia i siedziało tam przez długi czas. W tak zwanym między czasie zacząłem interesować się bardziej planszówkami, rozpocząłem pracę nad swoją własną i tu powstaje pierwszy paradoks bowiem pomimo tego że sport praktycznie zupełnie spadł z moich zainteresowań jednak gra którą robię jest o piłce nożnej. Lecz w tym roku coś się zaczęło zmieniać, znowu zacząłem przeżywać wydarzenia. Były spotkania po których w moich oczach pokazywały się łzy, zarówno szczęścia jak i smutku. Znowu zaczynałem przeżywać to tak jak kiedyś i to było piękne. A zaczęło się wszystko od jednego spotkania.

Kiedy 25. lutego na Emirates przyjechało AS Monaco stwierdziłem że łatwo nie będzie ale powinno się udać. To samo pomyślałem w 90. minucie kiedy to Alex Oxlade-Chamberlain trafiał na 1:2, bo wiedziałem że choć u siebie zagrali słabo, są w stanie we Francji strzelić dwie bramki. Przestałem wierzyć dosłownie minutę później, zaraz po bramce którą zdobył Ferriera-Carrasco, bo w trzy bramki już nie wierzyłem. Kiedy 17. marca obie drużyny wybiegły na Stade Louis II włączyłem transmisję z czystego przyzwyczajenia. Jednak gol Olivera Giroud w 39. minucie i dobra gra gości powodowały, że myśl "to może się udać" cały czas rosła w mojej głowie, a jej kulminacja nastąpiła  11. minut przed końcem kiedy Aaron Ramsey strzelił drugiego gola. Wtedy emocje zaczęły buzować, każda akcja, każde kopnięcie piłki przeżywałem tak jakbym tam był. Po ostatnim gwizdku arbitra zauważyłem, że z moich oczu bezwiednie płyną łzy. Łzy spowodowane opadnięciem emocji po meczu, łzy porażki. Owszem ten dwumecz pokazał dobitnie jak to jest być kibicem Arsenalu przez ostatnią dekadę. Było w nim wszystko, od tragicznej gry obronnej, po rewelacyjną grę w ataku. Od goryczy kompromitacji, przez nadzieję spowodowaną świetną grę, zakończone łzami oznaczającymi porażkę. Jednak w moich oczach te łzy pojawiły się po raz pierwszy od bardzo długiego czasu i to było piękne. Po raz kolejny czułem, że to nie tylko 22. ludzi biegających za piłką tylko coś więcej.

 

 

To samo miałem przy półfinałowych meczach mojego drugiego klubu czyli Juventusu z Real. Spotkania rozgrywanego na Juventus Stadium nie oglądałem, ja je przeżywałem. Niecierpliwiąc się z każdą zmarnowaną sytuacją, oddychając z ulgą za każdym razem kiedy Gianluigi Buffon stawał na drodze piłkarzom Realu, świętując obie bramki zdobyte przez Turyńczyków. Rewanżu nie dane mi było oglądać, jednak śledziłem relację tekstową i w głębi siebie przeżywałem to równie mocno.

 

 

Jutro wybieram się na stadion po raz pierwszy od dawna, natomiast w sobotę znowu będę kibicem, jak wtedy kiedy byłem dzieckiem będę przeżywał każdą akcję. Już teraz jestem dumny, że w końcu Juventus może mierzyć się z najlepszymi, wiem że nie są faworytami, ale wiem też że po meczu polecą mi łzy bo z każdym dniem nadzieje na niespodziankę rosną. Wiem jednak jedno, futbol wrócił do mojego życia i jest to piękne uczucie!

 

środa, 11 czerwca 2014

 

 

Witam Was wszystkich bardzo serdecznie. Od ostatniego wpisu minęło 947 dni podczas których autor przeszedł dwie operacje, a także trochę odszedł od sportu, przeżyliśmy Mistrzostwa Europy w Polsce i na Ukrainie, a bohater notki niżej już od roku jest na zasłużonej emeryturze. Sport spadł w hierarchii dużo niżej niż zwykle się znajdował, jednak chyba nigdy nie będzie tak, że sport zniknie całkowicie z mojego życia. I tak, celem spróbowania powrócić do pisania i do świata "żywych" powstaje ta notka. Trochę chaotycznie, spontanicznie i bez większego przygotowania. Także cudów się nie spodziewajcie, ale spróbować, spróbuję coś mądrego napisać.

 

Już za niespełna 24 godziny reprezentacje Brazylii i Chorwacji wybiegną na murawę stadionu Arena Corinthians w Sao Paulo, gdzie zostaną zainaugurowane jubileuszowe XX Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Kraj wybrany na organizację okrągłego Mundialu wydaje się idealny, Brazylia ma na swoim koncie pięć triumfów - najwięcej w historii MŚ. Atmosfera wokół FIFA nie jest najlepsza. Niedawno potwierdziły się plotki, że Katar dzięki korupcji został organizatorem w roku 2022, prezydent FIFA Sepp Blatter ponoć stracił poparcie przynajmniej europejskiej części "rodziny". Jednak największym problem jest sama Brazylia, gdzie dochodzą głosy że nawet stadiony nie ą dokończone, problem był ze stadionem otwarcie w Sao Paulo, dzisiaj pojawiła się informacja że stadion Arena das Dunas w mieście Natal nie przeszedł wszystkich odbiorów. Dodatkowo społeczeństwo nie jest zadowolone z tego, że pogrążone w kryzysie państwo wydaje miliony na organizację Mundialu zamiast pomagać ludziom i wyciągać kraj z dołka. Tak duże protesty społeczeństwa pokazują jak źle jest w Brazylii, ponieważ mówimy o kraju gdzie wszyscy kochają piłkę nożną. Tutaj nawet na plaży kopię się piłkę, w Lidze Mistrzów to piłkarze z "Kraju Kawy" stanowią najliczniejszą grupę. Jeżeli gdzieś miały odbyć się Mistrzostwa bez protestów ludzi, to właśnie miała być Brazylia a jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna.

 

 

 

Jednak pomimo tych wszystkich problemów Mundial się na pewno odbędzie i mam nadzieję że przyniesie nam bardzo dużo emocji. Czas więc pomówić trochę o tej najważniejszej części tej imprezy. Imprezy która nie ma jakiegoś dużego faworyta. Owszem wszyscy mówią że tytuł rozstrzygnie się pomiędzy gospodarzami, reprezentacją Argentyny i obrońcami tytułu Hiszpanami. Jednak nie można wykluczyć Francji, która jest bez swojej największej gwiazdy Francka Ribery'ego które doznał kontuzji tuż przed turniejem, ale trójkolorowi chcą powrócić na szczyt rankingów. Specjaliści od turniejów - Niemcy - przyjechali tylko z jednym nominalnym napastnikiem, a w meczu z Irlandią wypadł dodatkowo skrzydłowy Marco Reus, jednak na pewno będą się liczyć na tym turnieju. Anglia wystawiła jeden z najmłodszych składów, gdzie zobaczymy choćby drugiego najmłodszego piłkarza Luke'a Shaw'a którego chce kupić Manchester United. Urugwaj ma fenomenalnego Luisa Suareza, w ofensywie wspomagać go będzie Edison Cavani, a defensywą kierować będzie Diego Godin który jest po świetnym sezonie w Atletico Madryt. Belgia przywozi ze sobą wiele młodych talentów takich jak Eden Hazard, Romelu Lukaku, czy Thibaut Courtois. W Kolumbii nie zagra Radamel Falcao, jednak kontuzjowanego snajpera AS Monaco ma kto zastąpić w postaci Jacksona Martineza, Jamesa Rodrigueza czy Carlosa Bacci.

 

Jeszcze nigdy europejska drużyna nie wygrała Mundialu, kiedy ten odbywał się w Ameryce więc jak miałbym wybierać kto miałby wygrać miałbym dylemat między Brazylią a Argentyną. Te mistrzostwa będą także kojarzyć się z kontuzjami. Dużo piłkarzy nie zagra w Brazylii ze względu na urazy, dodatkowo dwie największe gwiazdy turnieju Lionel Messi przez cały sezon był nękany urazami, zaś pod koniec rozgrywek klubowych Cristiano Ronaldo także miał problemy ze zdrowiem. Nie wiem jak bardzo wpłynie to na ostateczne rozstrzygnięcia, jednak na pewno jakiś efekt mieć będzie. Męczący sezon i kontuzje także utrudniają wytypowanie króla strzelców całego turnieju, jak na razie waham się między Neymarem, a Gonzalo Higuanem jednak w tym momencie nie postawiłbym swojej gotówki na nikogo.  Wszyscy będziemy mądrzejsi za kilka dni, kiedy pierwsza kolejka dobiegnie końca. Może uda mi się umieszczać wpisy regularnie przez czas Mistrzostw, choć nie powiem jakiś feedback na pewno by pomógł w motywacji ;). A tymczasem jeszcze raz przepraszam za chaos (zardzewiałem) i życzę wszystkim emocji podczas zbliżających się spotkań.

poniedziałek, 07 listopada 2011

 

Dokładnie szóstego listopada 1986 roku Manchester United zatrudniło na stanowisku managera urodzonego w Szkocji Alexa Fergusona. W tamtych czasach chyba nikt się nie spodziewał się, że Szkot całkowicie odmieni klub z Manchesteru i wytrwa w nim tak długo, dodatkowo przez ten czas odnosząc sukcesy.

Jednak Ferguson już od samego początku swojej kariery na ławce trenerskiej przejawiał duże zdolności. Swój pierwszy ligowy tytuł zdobył z St. Mirren w sezonie 1976-77. Rok później był już managerem Aberdeen, z którym to klubem zdobył trzy tytuły mistrzowskie, cztery puchary Szkocji i jeden puchar ligi Szkockiej. Jednak jego największy sukces osiągnięty w klubie z północno-wschodniej Szkocji, było zdobycie Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1982-83, w 1983 roku sięgnął także po Super Puchar Europy.

Jego początki w Manchesterze były jednak bardzo trudne. W sezonie 1988-89 był bliski zwolnienia z powodu słabych wyników zaraz na początku sezonu, kiedy to zanotowali serię dziewięciu spotkań bez zwycięstwa. Rok później przyszła bolesna porażka 1-5 w derbach Manchesteru z City. Ta porażka zestawiona z serią sześciu porażek i dwóch remisów z początku sezonu doprowadziła do żądań zarówno kibiców jak i dziennikarzy do zmiany na stanowisku managera. Jednak zarząd klubu zdecydował się zaryzykować i poprzeć Fergusona – ruch, który okazała się strzałem w dziesiątkę. Cierpliwość wykazana przez ówczesnych działaczy, powinna być wzorem dla obecnych właścicieli klubów, zwalniających co chwilę trenerów.

Pierwszy tytuł United pod wodzą Szkota zdobył w sezonie 1992-93, kiedy to do klubu przyszedł Eric Cantona. Dla klubu było to pierwsze mistrzostwo od 26. Lat, ciekawostką jest także to, że United zostali pierwszymi mistrzami Premier League, bo tak nazywa się najwyższa klasa rozgrywkowa w Angli właśnie o 1992 roku.  Ten pierwszy tytuł zapoczątkował lawinę trofeów dla klubu.



Ferguson w końcu mógł się cieszyć, ponieważ zbudował mistrzowską drużynę, jednak jego wielkością jest umiejętność dostosowywania się do sytuacji go otaczającej. Zawsze potrafił znaleźć sposób, na wyjście z kryzysu, ma dobrego nosa co do transferów, potrafi dostosowywać swoją taktykę do obowiązujących standardów dokładając do tego wszystkiego wielką charyzmę i pasję do tej gry. Fergusonowi został przyznany Oficerski Order Imperium Brytyjskiego w 1983 roku, rok 1995 przyniósł mi Order Komendanta Imperium Brytyjskiego, a w 1999 otrzymał największe wyróżnienie w Wielkiej Brytani – tytuł szlachecki.

 Podczas swoich 25 lat na stanowisku zdobył 37 trofeów, co jest wynikiem rekordowym. Bez wątpienia jest najlepszym szkoleniowcem w historii Czerwonych Diabłów, jest także najbardziej utytułowanym brytyjskim managerem zdobywając podczas swojej kariery 48 tytułów. I tak też został uhonorowany w sobotę piątego listopada 2011 roku, dokładnie na dzień przed swoim jubileuszem został przywitany na Old Trafford przez szpaler złożony zarówno ze swoich piłkarzy i pracowników, jaki i zawodników Southampton, wraz z trenerami, nawet sędziowie dołączyli do niego. A kiedy na środku murawy miał wygłosić krótkie przemówienie, uderzyła go informacja, że największy sektor stadionu Old Trafford nie będzie nazywał się North Stand, od teraz jest to Sir Alex Ferguson Stand. Piękny gest ze strony klubu, dla wielkiego człowieka.



Ile lat jeszcze Ferguson będzie pracował? Tego nikt nie wie, nawet sam Alex, który już kilkukrotnie ogłaszał zakończenie kariery, jednak za każdym razem wygrywała pasja i chęć rywalizacji, wiadomo tylko to że odejdzie jeżeli sam będzie chciał, bo w klubie nikt nie zamierza usuwać legendy ze stanowiska.

Trofea Fergusona:

Tytuły ligowe: 16 (St. Mirren – 1; Aberdeen – 3; United – 12)

Puchary krajowe: 24 (Aberdeen – 5; United – 19)

Puchary europejski: 6 (Aberdeen – 2; United – 4)

Puchary interkontynentalne: 2 (United)



środa, 02 listopada 2011

Fatalny start Arsenalu w tym sezonie spowodował, że głośno zaczęto mówić o fiasku filozofii Arsene’a Wengera a nawet o zwolnieniu samego szkoleniowca. Jednak wygląda na to że ostatnimi występami wszystko powoli wraca do normy, za co w głównej mierze odpowiedzialny jest jeden zawodnik.

Robin Van Persie, bo o nim mowa, został sprowadzony przez Wengera w 2004 roku z Feyenoordu Rotterdam. Kosztujący niecałe trzy miliony funtów skrzydłowy miał w przyszłości zastąpić w klubie swojego rodaka Dennisa Bergkampa. Po siedmiu latach można powiedzieć, że Robin zaczyna godnie zastępować swojego sławnego rodaka. Jednak jego początki w Londynie były bardzo trudne z powodów kontuzji. Duża część kibiców skreśliła go przedwcześnie, bo Kidy grał to było widać jak duży potencjał posiada, jednak bardzo często nie był w stanie grać przez kłopoty zdrowotne. Zaczęto mówić o nim „człowiek ze szkła”, choć często też było słychać powiedzenie, że nawet szkło jest bardziej wytrzymałe na uszkodzenia, niż zawodnik na kontuzje.

Jednak 2011 roku zmienił wszystko, wraz z odejściem do Barcelony Cesca Fabregasa holender otrzymał opaskę kapitana. Oczekiwano, że Robin będzie liderem drużyny, ale żeby to się stało piłkarz musiał wznieść swoje występy na kolejny poziom. Wyzwanie jakie przed nim postawił Wenger wywołało pożądaną reakcję i po słabym starcie sezonu Van Persie praktycznie w pojedynkę przywrócił wiarę kibicom Arsenalu, że nie wszystko w tym sezonie jeszcze jest stracone. Kapitan zaliczył łącznie w Premier League i Lidze Mistrzów 11 spotkań w których zdobył 11 bramek i dołożył dwie asysty, co pokazuje w jak zabójczej formie jest. Ale ta forma zaczęła się tak naprawdę na początku roku kalendarzowego. Mało kto wie, że Robin Van Persie w 2011 roku znalazł drogę do siatki 28 razy w 27. spotkaniach angielskiej Premier League!

Owszem obrona Arsenalu dalej jest dziurawa jak ser szwajcarski, tylko nie jest to już Emmentaler, ale raczej Appenzell, a powrót do składu Thomasa Vermalena, po którym nie widać śladu, żeby spędził ostatnie trzy miesiące lecząc się. Biorąc pod uwagę, że to był dopiero ósmy mecz w wyjściowej jedenastce w ostatnich 15 miesiącach można mieć nadzieję, że jego pewność załata resztę dziur na tyłach drużyny Wengera.

Także Arsenal powoli odzyskuje zarówno pewność w defensywie, jak i skuteczność pod bramką rywali, teraz kibice liczą, że limit kontuzji jakie odnosił szczególnie Van Persie już się wyczerpał, dzięki czemu holender pobije swój rekord występów w pierwszym składzie podczas jednego sezonu, który aktualnie wynosi zaledwie 24 spotkania.



poniedziałek, 17 października 2011

 

Arsenal Londyn zaczął sezon bardzo słabo, widać że letnia transferowa zawierucha odciska swoje piętno na klubie. Jednak każdy klub odczułby stratę podczas jednego okienka transferowego trzech piłkarzy klasy Cesca Fabregasa, Gaela Clichy’ego i Samira Nasriego. O ile odejście pierwszego z nich było praktycznie przesądzone, o tyle nikt się nie spodziewał, że dwójka Francuzów wybierze petrodolary płynące z Manchesteru. Efektem tych trzech transferów były szalone zakupy w ostatnim dniu okienka transferowego. Kibice mieli prawo spodziewać się wielkich transferów, bowiem pieniędzy w klubowej kasie nie brakuje, jednak wszyscy co znają politykę transferową Arsene’a Wengera wiedzieli, że do tego nie dojdzie. Francuski szkoleniowiec pozostaje wierny swoim ideałom i konsekwentnie odmawia przepłacać za zawodników. Zakup ośmiu piłkarzy, z czego aż czterech w ostatnim dniu okienka transferowego przepowiadał nie najlepszy start, jednak to co się działo do tej pory przeszło wszelkie oczekiwania.

 

Owszem klub z Emirates awansował do Ligi Mistrzów po dwumeczu z wymagającym Udinese, jednak w lidze Arsenal gra katastrofalnie.  Porażka 2:0 z Liverpoolem byłam bolesna, jednak poniesiona osiem dni później klęska na Old Trafford z Manchesterem United przelała czarę goryczy. Kibice zaczęli masowo domagać się zwolnienia Wengera, który jako najlepszy trener Arsenalu w historii do tej pory miał ich pełne poparcie, ale w tym najtrudniejszym momencie ostatnich lat to szefostwo klubu stawiło się za trenerem, wierząc w jego filozofię, oraz znając jego wkład w drużyę ogłosili, że jego posada nie jest zagrożona. Obecnie drużyna powoli zaczyna wracać do stylu znanego z poprzednich lat, wymieniając między sobą mnóstwo podań i dominując posiadanie piłki, jednak tak jak w poprzednich latach mają problemy z umieszczeniem piłki w siatce. A ten problem staje się dużo poważniejszy jeśli spojrzymy na dziurawą obronę. Arsenal we wszystkich rozgrywkach rozegrał już 13 spotkań, zachowując czyste konto w zaledwie czterech z nich. W tym momencie Kanonierzy tracą bramkę średnio co 56 minut i to pokazuje jak duży problem ma Wenger   zestawieniem obrony. Dużą część winy można zrzucić na brak kontuzjowanego Thomasa Vermaelena, którego kontuzja wyeliminowała przed meczem z Manchesterem United. Z Belgiem w składzie Arsenal zagrał cztery spotkania z czego dwa wygrał, jedno zremisował i jedno przegrał, zanotowali w tym okresie bilans bramek 3:3, jednak warto zwrócić uwagę, że dwa z tych spotkań kończyli w dziesiątkę. Wydawało się, że wszystko zmieni się w derbach Londynu, podopieczni Wengera odrobili jedną bramkę, grali dobrze, przeważali, jednak fatalny błąd Wojciecha Szczęsnego, który przepuścił strzał z dystansu Kyle’a Walkera pod ręką, spowodował, że to piłkarze Tottenhamu cieszyli się ze zwycięstwa. Zresztą Szczęsny zaczyna być nieprzewidywalny jak cały Arsenal, co było widać w spotkaniu z Sunderlandem, gdzie potrafił wybronić uderzenie głową Lee Cattermole’a z dwóch metrów, żeby później minąć się z piłką na boku pola karnego i stworzyć świetną okazję dla przeciwników. Piłkarze grają tak enigmatycznie, że pewnie sam Wenger nie wie
czego może się spodziewać po nich w kolejnym spotkaniu.

 

Mecz z Sunderlandem pozwala jednak na posiadanie nadziei, że kryzys dobiega końca. Nowi zawodnicy powoli się aklimatyzują, co cieszy szczególnie w przypadku Pera Mertersackera, Gervinho, oraz Carla Jenkinsona, który zastępuje kontuzjowanego Bacary’ego Sagnę. Sam Wenger jest także podłamany obecną formą, co widać choćby po braku charakterystycznej dla niego pewności siebie. Już nie mówi, że będą walczyć o mistrzostwo, tylko o pierwszą czwórkę, a problemy z kontuzjami nie ułatwiają mu zadania. Ale to nie pierwszy raz kiedy był w sytuacji, że problemy zdrowotne dotykały jego najważniejszych zawodników i zawsze sobie z tym radził. Także start rozgrywek został przespany, ale wszyscy kibice Arsenalu wieżą że najgorsze już za nimi i od teraz ich klub ruszy ku górze tabeli i zapewne dalej po cichu liczą, że w styczniu zostanie przeprowadzonych kilka drogich transferów, które przeniosą do Londynu znane nazwiska, ale jestem niemal pewien, że w tej kwestii nic się nie zmieni, a Wenger dalej będzie wyszukiwał młodych zawodników do oszlifowania, którzy będą zostawać gwiazdami, bo pod tym względem chyba nie ma lepszego trenera na świecie.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Pierwsze dwa Gran Derbi w tym sezonie już za nami i chociaż na pierwszy mecz patrzyłem jednym okiem, ponieważ zeszłoroczna dawka skutecznie spowodowała u mnie duży spadek zainteresowania, to jednak coś tam widziałem, tak samo jak drugą połowę wczorajszego spotkania.

Nie spodziewałem się za dużo piłki w tych spotkaniach, a jednak to co zobaczyłem strasznie mnie zaskoczyło. Widziałem Real, który w końcu chce grać w piłkę, który potrafi przygnieść Barcelonę pod jej pole karne zarówno w Madrycie, jak i na Camp Nou, co jest nie lada wyczynem patrząc na grę podopiecznych Guardioli. W zeszłym sezonie widzieliśmy jak Real na własne życzenie ustępuje piłkarsko przeciwnikom pod każdym aspektem i to nie ustępuje minimalnie, różnica była olbrzymia, bo Mourinho skupił się na tym, żeby jego drużyna faulowała, prowokowała i nie dawała grać Barcelonie swojego futbolu, jednym słowem Portugalczyk przestraszył się Katalończyków, czego miał prawo po pierwszym wysoko przegranym spotkaniu w sezonie. Jednak różnicy piłkarskiej już między zespołami nie ma, piłkarze z Madrytu pokazali, że potrafią nawiązać walkę z Barceloną i to walkę piłkarską. Przez większość czasu to oni dominowali, stwarzali akcje, jednak zawsze czegoś brakowało, mieli pretensję po pierwszym meczu, że sędzia nie odgwizdał rzutu karnego po faulu Valdesa na Ronaldo, jednak bilans wyszedł na zero bo w rewanżu Portugalczyk strzelił bramkę ze spalonego (bo Ramos odbił futbolówkę przed Cristiano).

Jednak o ile różnica w poziomie piłkarskim została zniwelowana, Real zdecydowanie ulega pod względem klasy. Piłkarze Guardioli grają radosny futbol, z uśmiechem na twarzy kreując kolejne akcje. W obronie robią podobnie, nie ma agresywnych wejść, jest spokojna gra bez prowokacji. Zawodnicy Realu w przeciwieństwie do subtelnej Barcelony wyglądają jak wściekłe psy spuszczone z łańcucha. Widać złość i agresywność nie tylko w zagraniach ale i na twarzy. Przez 180 minut tego dwumeczu można było chwalić Real, ponieważ ta złość i agresywność nie wychodziła aż tak na murawie, chyba jedynym jej przejawem było uderzenie Pique w polu karnym przez Pepe, za co obrońca Realu powinien obejrzeć drugą żółtą kartkę, jednak nawet ten nieobliczalny zawodnik grał jak na siebie bardzo czysto. Cały czar prysł dopiero w 93 minucie drugiego spotkania, właśnie wtedy wyszła frustracja i brak klasy madryckich piłkarzy. Faul Marcelo na Cesc’u nie miał nic wspólnego z piłką nożna, Brazylijczyk po prostu ze złości chciał się na kimś wyżyć i zrobić komuś krzywdę. Przepychanki jakie się zaczęły zaowocowały kolejnymi czerwonymi kartkami dla rezerwowych, jednak było widać kolejne skandaliczne zachowania piłkarzy Realu, jak choćby Ozil, którego dwóch ludzi musiało trzymać bo szedł cały czas w stronę arbitra coś mówiąc i gestykulując, zamiast udać się do szatni. Owszem niektórzy zawodnicy Barcelony podczas przepychanek też nie pozostawali bez winy, jak Pinto, który po raz kolejny dał się ponieść emocjom. Jednak szczytem chamstwa wykazał się Mourinho. Portugalczyk zamiast uspokajać tylko podgrzał całe napięcie podchodząc do jednego z trenerów Barcelony i ciągnąc go za ucho. Takie zachowanie trenera jest nie do zaakceptowania i musi spotkać się z surową karą federacji hiszpańskiej. Portugalczyk jest recydywistą a dla takich ludzi nie powinno być taryfy ulgowej, tym bardziej że na konferencji pokazał iż zrobił to umyślnie, a nie ze względu na to że go poniosło i nie wytrzymał atmosfery. Jego zadufanie, chłodne kalkulacje i brak szacunku do innych ludzi jest momentami przerażające. Kiedyś były akcje potępiające rasizm na stadionach, teraz czas na akcje wyrzucania chamstwa ze stadionów, a Mourinho jest nie tylko jednym z najlepszych trenerów na świecie, ale też największym chamem tej gry, który musi nauczyć się pokory, a do tego czasu należy za takie zachowania bezwzględnie i surowo go karać.

Owszem przyznaję, że wpis może być dość chaotyczny, za co przepraszam, jednak miałem pisać o czymś zupełnie innym, ale wydarzenia z finału Superpucharu Hiszpanii wywołały u mnie większe emocje i przez grę Realu i przez końcowe zachowanie, do tamtego tematu wrócę na dniach.

P.S. Gratuluję Wiśle zwycięstwa, choć meczu nie oglądałem, ale z tego co czytałem to w Nikozji będzie ciężko, oby się udało.

P.S.2 Temat dotyczy tylko spotkań z Barcą w ostatnich latach, to taka informacja dla wszystkich fanatyków Realu, którzy chcieli by mnie zlinczować później ;).



niedziela, 10 kwietnia 2011

 

 

7 kwietnia 2011 roku zapisze się na zawsze w pamięci pewnego chłopaka z Warszawy. To właśnie w ten dzień Kacper Filipiak zdobył Mistrzostwo Europy do lat 21 w niszowej dyscyplinie, jaką jest w naszym kraju snooker.

Zaledwie 16. letni Polak trenuje od 2008 roku w warszawskim klubie 147 Break. Do tej pory nie odnosił sukcesów na krajowym podwórku. Debiut w Mistrzostwach Polski do lat 16 zaliczył w sezonie 2008/2009 gdzie odpadł w 1/4 finału.  Pierwszy sukces przyszedł w sezonie 2010/2011 kiedy zdobył srebrny medal  Mistrzostw Polski U-16, zaś w sezonie 2011/2012 dotarł do półfinału Otwartych Mistrzostw Polski  rozgrywanych w Zielonej Górze. Ostatecznie turniej zakończył na trzecim miejscu.

W kwietniu wystartował w fazie grupowej Młodzieżowych Mistrzostw Europy U-21. W rozgrywanym na Malcie turnieju startowało 64. zawodników, którzy byli podzieleni na osiem grup. Z faz grupowych mogło awansować 32. zawodników do fazy pucharowej. Polskę oprócz Filipiaka reprezentowali Adam Stefanów, Mateusz Baranowski i Grzegorz Biernadski. W grupie Filipiak rozegrał siedem spotkań z których wygrał cztery. Zwyciężył w 15 frejmach, przegrywając 12. Co dało mu 31. miejsce  i rzutem na taśmę kwalifikację do fazy pucharowej.

W pierwszej rundzie fazy pucharowej Filipiak trafił na 20. letniego Anglika Mitchella Travisa. Patrząc na osobiste rekordy Brytyjczyk był lepszy, jego maksymalny brejk turniejowy wynosił 138, natomiast na treningu potrafił wbić maxa. Filipiakowi na turnieju udało się wbić 100 punktów, zaś na treningu zaledwie 58. Dodatkowo Travis skończył fazę grupową na drugim miejscu. Polak jednak pokazał, że statystyka nie ma znaczenia i wygrał 4:2. W kolejnej rundzie pokonał 21. letniego Szweda Sulemana Salama aż 4:0 żeby w ćwierćfinale trafić na Edena Sharava. W pojedynku z 19. letnim Szkotem Filipiak przegrywał już 3:1 i 4:3 jednak ostatecznie wygrał 5:4 i niespodziewanie awansował do finału.

W finale czekał już rozstawiony z pierwszym numerem 18. letni Michael Leslie. Mecz był wyrównany do stanu 3:3, jednak w tym momencie toczonego do sześciu zwycięstw spotkania wystrzelił Filipiak i zwyciężając w trzech kolejnych partiach zapewnił sobie bardzo niespodziewanie Mistrzostwo Europy!

Sukces tyleż duży co niespodziewany daje młodemu warszawiakowi nie tylko pamiątkowy puchar czy medal, czy też gratyfikacja pieniężna, która zapewne była. Ten sukces daje mu o wiele więcej, a mianowicie jako pierwszy Polak w historii Filipiak w przyszłym sezonie będzie startował w zawodach Main Touru. Spotkania z elitą snookerzystów może młodemu zawodnikowi tylko pomóc w rozwijaniu swoich umiejętności. Już teraz jest porównywany przez Szkotów do Stephana Hendry’ego. Filipiak po 3,5 roku treningu wygrał swoją życiową szansę, teraz wszystko zależy od niego czy ją wykorzysta. Jako fan snookera mogę Kacprowi życzyć powodzenia i mieć nadzieję, że za jakiś czas będę mógł zobaczyć Polaka w fazie telewizyjnej turniejów rankingowych.

środa, 06 kwietnia 2011

Jose Mourinho zrobił z Interu maszynkę powygrywania. Podczas jego dwuletniego pobytu w klubie dobyli dwa mistrzostwa Włoch, a swoją przygodę w Mediolanie portugalski szkoleniowiec zakończył wygraniem Ligi Mistrzów po 45. latach Inter znów był najlepszym klubem europy. Afera Calciopoli pomogła Interowi zdobyć dwa tytuły za czasów Roberto Manciniego, jednak Inter nie był w stanie grać w europie, tak jak na krajowym podwórku. Dopiero przyjście Mourinho coś zmieniło. Portugalczyk zaczął udoskonalać drużynę, która w końcu nawiązywała rywalizację z europejską czołówką. Kiedy trener przed sezonem odchodził do Realu płakali wszyscy, którym na Interze zależało.

Do Mediolanu przeprowadził się wielki strateg, były szkoleniowiec Liverpoolu Rafa Benitez. Hiszpan, którego wizytówką była zawsze dobra gra w europejskich pucharach zastał drużynę zmęczoną, nie potrafiącą od początku choć w najmniejszym stopniu zagrać tak jak rok wcześniej. Benitez wyraźnie sobie nie radził, jednak nie miał też łatwej sytuacji. Kolejni piłkarze wypadali mu ze składu z powodu kontuzji, a wydający wcześniej duże pieniądze prezes Massimo Moratti stwierdził, że mając taki skład wzmocnienia nie są potrzebne. Większość z mistrzowskiej drużyny w Mediolanie zostało, korekty były bardzo małe, więc wszyscy się spodziewali kolejnego spacerku w lidze i dobrej gry w LM. Rzeczywistość okazała się zdecydowanie inna męczący się Inter z trudem awansował do fazy pucharowej rozgrywek europejskich, zaś w lidze plasował się w środku stawki. Winą za taki stan rzeczy obarczono Beniteza , który w pewnym sensie potwierdził regułę, że Hiszpanie w lidze włoskiej sobie nie radzą.

Beniteza zastąpił człowiek, który siedem lat występował w Mediolanie, dodatkowo jeszcze rok był trenerem. Jednak Leonardo związany był przez ten czas z czerwono-czarną częścią Mediolanu, co spowodowało wiele dyskusji i spięć na temat nowego szkoleniowca. Kibice Milanu określili Brazylijczyka jako zdrajcę, zaś sympatycy Interu wypominali mu związku z Milanem. Nowy szkoleniowiec uciszył wszystkich krytyków wygrywając swoje pierwsze cztery ligowe spotkania. Kibice Interu przestali wypominać przeszłość Leonardo, delektując się ofensywnym stylem preferowanym przesz Brazylijczyka.  W tych czterech spotkania klub z Mediolanu zdobył 12 bramek. Jednak bardzo dobrą grę w ataku ucierpiała gra obronna. Inter zaczął tracić bramki, błędy popełniali obrońcy, bramkarz Julio Cesar już nie był tak pewnym punktem jak za ery Mourinho. Coś zaczęło się psuć, Mediolańczycy już nie potrafią tak łatwo wygrywać z rywalami jak wcześniej. Najwybitniejszym przykładem są wydarzenia ostatnich kilku dni. Najpierw w sobotę w Derbach Mediolanu zobaczyliśmy Inter bez waleczności, determinacji, wiary w to że można wygrać. Główne role odgrywali piłkarze Milanu, zawodnicy Interu nie potrafili złożyć składnej akcji. Gdzieś umknęła ta wielka siła jaką było zgranie za czasów Mourinho. Jedyne przebłyski przychodziły ze strony Wesleya Sneijdera i Samuela Eto’o, piłkarzy z bajeczną techniką, jednak indywidualne przebłyski nie starczyły na skonsolidowany Milan. Inter wyglądał, jakby Leonardo specjalnie chciał zniechęcić swoich piłkarzy do walki, żeby jego były klub miał łatwiejszą drogę do zwycięstwa. Trzy dni później na tym samym stadionie w Mediolanie, tyle że już w formie gospodarzy, Inter podejmował męczące się niemiłosiernie w lidze niemieckiej Schalke 04 Gelsenkirchen. Początek nie zapowiadał katastrofy, Inter po pięknym woleju z połowy boiska w wykonaniu Dejana Stankovicia objął prowadzenie. Wydawało się, że będzie łatwy i przyjemny wieczór, jednak okazało się zupełnie inaczej. Przed przerwą Inter dwa razy wychodził na prowadzenie i dwa razy je tracił. Po przerwie siły i pomysłu starczyło im zaledwie na dwie akcje, później lekcje jak powinno się grać w ataku dali piłkarze Schalke, sprawiając olbrzymią niespodziankę.  Nikt bowiem nie spodziewał się, że Inter ten mecz przegra, a już na pewno nikt nie powiedział by przed meczem, że włoski klub straci aż pięć bramek w meczu na własnym stadionie! Zawodnicy Leonardo koncertowo pokazali młodym uczącym się jeszcze piłkarzom jak grać nie należy, zarówno w obronie jak i w konstruowaniu akcji i wykańczaniu ich.

Innym tematem jest postawa obrony Interu. Andrea Rannochia po przyjściu do klubu pokazuje, że jeszcze musi się dużo nauczyć do gry na takim poziomie, drugi środkowy obrońca Christian Chivu najpierw złapał dwie żółte kartki w derbach z Milanem, po czym wyczyn swój powtórzył we wtorek osłabiając drużynę przy stanie 2:4. Do tego jego występy w obu meczach nie należały do zbyt przekonywujących. Zostawiał duże odstępu między bocznym obrońcą, źle asekurował i dawał się łatwo ogrywać. Jednak zmierzch Interu najbardziej widać po kapitanie. Javier Zanetti jest jednym z najlepszych obrońców w historii, na jego dobrą grę kibice Interu zawsze mogą liczyć. Jeżeli drużynie nie szło Zanetti zawsze potrafił ją poderwać, często świetnie grał w obronie stwarzając wrażenie, że nie da się go minąć. Obecnie jest ikoną klubu z Mediolanu, właśnie gra 16. sezon w barwach niebiesko-czarnych. Inter to jedyny klub europejski w jakim Argentyńczyk występował. Kibice kochają go zarówno za jego grę jak i lojalność. Jednak w sierpniu piłkarzowi 37 lat i to niestety powoli zaczyna być widać. W meczu z Milanem nawet on nie stwarzał wrażenia osoby wierzącej w końcowy sukces. Nie był już w stanie poderwać Interu, natchnąć kolegów do walki. Mecz z Schalke zaczął świetnie, po jego udanej akcji w obronie padła pierwsza bramka, jednak później już było coraz gorzej. To jego błąd w ustawieniu spowodował, że Raul nie był na spalonym i bez problemu wyprowadził Schalke na prowadzenie. Widać było już braki szybkościowe i brak charakteryzującej go pewności siebie. Widać, że powoli zbliża się koniec jego wspaniałej przygody z piłką.

A co z Interem? W klubie potrzebne są kolejne zmiany, nie wiem czy Leonardo jest osobą, która jest w stanie wydobyć ten zespół z kryzysu. Ten sezon jednak powoli zaczyna być stracony. W Lidze Mistrzów Inter musi strzelić przynajmniej cztery bramki żeby mieć szansę na awans, co będzie niebywale trudnym zadaniem. Zaś w Serie A zawodnicy z Mediolanu zajmują obecnie trzecie miejsce tracąc pięć punktów do prowadzącego Milanu i dwa do zajmującego drugie miejsce Napoli. Choć do końca rozgrywek zostało jeszcze siedem kolejek, to we Włoszech już mówi się, że derby Mediolanu wyłoniły mistrza. Czy tak będzie zobaczymy w maju, jednak w chwili obecnej nic nie wskazuje na to, żeby Inter był w stanie jeszcze coś ugrać w tym sezonie. Jednak jeżeli nic się nie zmieni przed kolejnym sezonem, możemy spodziewać się stopniowej degradacji Interu i powrotu do czasów, kiedy na papierze mieli bardzo dobry skład, jednak nie potrafili tego przełożyć na boisko.

 
1 , 2 , 3
| < Październik 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
statystyka